koszyczkowe, czyli wszystko po 20 złotych

Absolutnie, definitywnie i ostatecznie żądam, żeby na drzwiach sklepów typu Pepco, Tiger i inne zawiesić kartkę, że wpuszczanie mnie do srodka jest zabronione pod kara administracyją. Gotowa jestem nawet przyjąć do wiadomosci, że zarzadzenie zostanie wydane przez obecne władze RP i to bedzie jedyny zakaz, który nie wzbudzi we mnie protestu i obrzydzenia. Gdyby to nie pomoglo, to prosze o postawienie przy wejsciu czujnika reagujacego na moja osobę. Reagujacego brutalnie. Elektrowstrząsy, zimny prysznic, aerozol o zapachu zgniłego jajka.Mogę się pojawić w ochronnym kasku, płaszczu przeciw deszczowym i w masce gazowej. Wtedy prosze użyć po prostu brutalnej, zwierzęcej sily i na kopach wywalic mnie na zewnątrz. Proszę wstrzymac mnie od kupienia wszystkich : koszyczków, pudełeczek, pojemniczkow, talerzyczków, miseczuniek, serwetuniek, ozdobnych barankow, mydelek w kształcie rożanego bukieciku/ Prosze stanowczo wydanie mi bezpłatnie opaski na oczy, wszczepienia mi czegos w rodzaju esperalu, który sprawi, że przy każdym zakupie dopadnie mnie syndrom zawału, zapalenie trzustki, ataku kamicy nerkowej.
Tylko czasami poprosze o dypensnę! Jak dzisiaj! W końcu kupiłam tylko rzeczy absolutnie niezbednę i z radoscią ustawiłam : pojemniki na mydło, ociekacz na sztucce i koszyczek na duperele. I mam bardzo przyjemna sobotę, wiec chyba powinnam odwołać alarm?

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

I nie wracajmy do starych miłości…

Ach! nie wracajmy do starych miłości
Bo odkochanym to nie służy
Nie czujmy żalu ani mdłości
To tylko bólu czas wydłuży

I szkoda łez i westchnień szkoda
chusteczek szkoda higienicznych
Czas płynie jako rwąca woda
A tyle wokół rzeczy ślicznych!

Ach! nie wracajmy do starych miłości
bo przecież można się odnaleźć
I bez bagaży i bez złości
Ruszyć przed siebie znowu dalej….

Tak więc, nie wracając do wszystkiego co już napisałam, a napisałam najprawdopodobniej o wiele za dużo, składam obietnicę, że nic już sie nie powtórzy w moim pamiętniku – niepamiętniku. Zawsze pisząc i „wlistopadzie” i „trzydziestego” chciałam po prostu jakoś tam zaznaczyc swoją obecność w wirtualnym świecie, swoje tu i teraz „dla tych którzy mnie czytają” i dla siebie oczywiście.
Zostałam w pewien sposób – bolesny z resztą, uświadomiona, że jestem eksibicjonistką, wywalającą na publiczne talerze nędzne resztki, okrawki mojego życia, twarde i spleśniałe skórki mojego codziennego chleba i zgniłe owoce mojej wyobraźni. Chyba był mi potrzebny taki kop, żeby po prostu zastanowic się nad „niepisaniem”. Nie jest łatwo uśmiechąć się słysząc takie krytyczne słowa, nie jest łatwo powiedziec sobie: basta!
Przychodzi jednak do głowy refleksja: komu i jak zrobiłam krzywdę swoimi opowieściami? Jak te prawdziwe, smutne, śmieszne i małośmieszne sprawiły, że ktoś czytający poczuł sie urażony, skrzywdzony, ośmieszony albo zestresowany tym co opowiedziałam? Zawsze traktowałam swoje blogowe wpisy jako opowieść rzekę o sobie, o moim sercu i duszy, o moich rzeczach wielkich i malutkich, o moich strachach i szczęściach, o moich radościach i przerażeniach. A to , że je publikuję? No właśnie – to podobno świadczy o moich problemach psychicznych…
No OK mam problemy . I jeżeli mój blog odsłania w jakikolwiek sposób zasłone za którą się chowam – to o to chodzi.
I tak właśnie – nie wracajmy do starych miłości.
Dzisiaj wiem,że : nie będę pisała bloga o polityce, nie będę pisała bloga o zdjęciach zamordowanej wiewiórki, nie będę pisała bloga o modzie, makijażu, wychowywaniu dzieci, kotletach z soi, kurczaka, jagnięciny. O pogodzie, o menopauzie, o starości. O kotach, o samochodach, o salonach fryzjerskich. O SPA, o tipsach, o kapeluszach, o dietach, o tresurze psów. O architekturze, o filmach , o ksiażkach, o rozkładzie jazdy pociągów w Europie , o robieniu konfitur. W moim blogu będzie to wszystko razem : wiewiórki wyjadające konfitury, Starsze panie we fryzjerskich salonach, milość nad talerzem jagnięciny, zapach cynamonu w SPA, pociągi w do pieknych miejsc, książki do metra, tresowane psy i kpelusze ze stokrotkami.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

02:27 05.02.2017

Godzina późna, albo wczesna – zależy od punktu widzenia. Dla mnie wczesna, bo dzisiejszy dzień leniwy tak bardzo, że po prostu aż wstyd się przyznać do „nicnierobienia”. Czas fotelowo- jedzeniowy i tym samym smutny i nic nie znaczący. Takich dni coraz wiecej.Zmęczenie daje o sobie znać nawet jeżeli bardzo protestuję i twierdzę, że jest całkiem dobrze. Jest mi brak wypoczynku, slońca, moczenia nóg w jakiejkolwiek misce pełnej jakiekolwiek wody. Jest mi brak leniwych poranków i rozleniwionych wieczoróm.
Od lat brak mi wakacji, urlopu, pachnących lasem, otwartych okien, deszczowych spacerów do nikąd. Brak mi porannej herbaty na jakim kolwiek tarasie, pierogów w przydrożnych knajpeczkach, moczenia nóg w płyciutkich rzekach, zapachu skoszonej trawy i ciepłego piasku. Brak mi zadrapań na łydkach, słońca na twarzy, granatowych śladów na rękach po zbieraniu jagód.
Brak mi kaloszy na deszcz i kremu pachnącego kokosem na słońce.
Brak mi urlańskiej knajpy ze schabowymi wielkości parasola, brak mi leniwej rzeki, pasikoników skrzeczących w trawach. Brak mi lata.
Od lat nie odpoczywam tak ” na prawdę”.Od lat nie wiem co to wakacje, urlop, lenistwo. Minęły 3-4 lata od ostatniego nie robienia nic. Tęsknię!
Tęsknię tak bardzo, że nie mówię juz o tym, bo w zasadzie to moja wina, że jest jak jest.
Moja i tylko moja. Wszystko co napiszę – stanie się powodem do tłumaczenia dlaczego.Do bicia się w piersi. Do zasunięcia kurtyny.
Obrabowana z możliwości blogowego eksibicjonizmu, nie umiem już pisać, nie umiem już być sobą. I Wy, ktorzy mnie czytacie – nie pytajcie dlaczego. Tak po prostu wyszło!

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

I Nowy Rok nam nastał…

I Nowy Rok Nam nastał. I nie takiego Nowego Roku każdy z nas pożądał, ale każdy takim ,a nie innym, cieszyć się powinien. I dlatego rachunek sumienia zróbmy i zapytajmy czy poprzednim cieszyliśmy sie na tyle, żeby docenic to co dla nas dobrego zrobił. Co dobrego sie wydarzyło, co dobrego, a niespodziwanego przyniosło nam radośc i zadowolenie?. Bo my z tych narzekajacych wiecznie, z tych marudnych i niekontentych ze wszystkiego.
A przeciez sami sobie krzywd wiele wyrządzamy, sami sobie kłody pod nogi kładziemy, sami sobie robimy „kuku”. Na złośc jakby, bez sensownie, krzywdzimy siebie i bliskich. Sami sobie dajemy niestety w dupę nie myśląc, nie przewidując, nie ogarniając.
Nie mnie politykować i o polityce rozprawiać, nie mnie wygłaszać o polityce sądy, ale nie zrobiłam nic, z nikim – politycznie mądrym – się nie zaprzyjaźniłam i dlatego moje polityczne sądy są tylko moje i wyłacznie moje – czyli subiektywne aż za bardzo. Boję się, że rozpoczęty Rok może mnie i moi bliskim dać w tyłek, zaprzepaścić wyobrażenia o wolności i dobrobycie tego kraju, w którym przyszło mi żyć do końca moich dni. Bo nie ucieknę, nie zorganizuję sobie nowego życia gdzieś tam i jakoś tam. Na to za późno, za daleko i za trudno.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Po Świętach Przed Świętami

Nie wiem dlaczego nie ma już magii Świąt, nie ma już oczekiwania, nie ma już wigilijnej tajemnicy. Zestarzałam się aż tak bardzo przez rok? Przybyło mi przez ten rok tyle lat, żeby nie czuć nic? Nie oddychać zapachem choinki? Nie widzieć odbicia światełek choinkowych w wielkiej szybie salonu? Nie zachwycać się radością bliskich przy wigilijnym stole?
Moje wyobrażenia wigilijnej kolacji zdegradowano do poziomu zwyczajnego stołówkowego obiadu z talerzem pomidorowej?
Moje marzenia o rodzinnym cieple pogrążono w niepamięci?
Chyba nie pytajcie mnie dlaczego – odpowiedź jest oczywiście. Istnieje, prosi się o udostępnienie.
Wszystkie takie natychmiastowe odpowiedzi są jednoznaczne i proste jeżeli udzielimy ich od razu po zadanym pytaniu. Wtedy wydają się najprawdziwsze z prawdziwych, szczere i płynace prosto z serca. Za chwilę już wiadomo, że nie koniecznie powinniśmy powiedziec to co powiedzieliśmy, że coś z nimi nie tak, że odkryliśmy wcale nie taką prawdę na jaką pytanie zslugiwało.
I żałujemy słów co padły i boleśnie odkrywamy niepotrzebne wynurzenia. I zastanawiamy sie kogo uraziliśmy, komu sprawiliśmy przykrość swoją szczerością – tylko po to, żeby uwolnić swoje serce od ciężaru, od bólu, od wyobrażenia jacy jesteśmy biedni, chorzy i pogrążeni we własnym smutku.
Oczyszczamy się się z win oskarżając naszych bliskich o ich popełnienie. Pozbywamy się odpowiedzialności przekazując ciężar naszym bliskim. Oddajemy nasze bagaże, obdarowujemy innych naszymi grzechami, myjemy ręce i zakładamy rękawiczki… Staramy się odejśc biali i niewinni – nie ogladając się za siebie.
Te Święta nie były dobre ani złe. Te Święta sprawiły, że musze się zastanowić, co „dalej drogi rowerzysto”.Muszę pomyśleć jak załatać dziury, jak odnaleźć drogę do tego „co kiedyś” jak zapomnieć o tym „co kiedyś” jak w dalszym ciągu zostać sobą.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Jeszcze nigdy nie było w zasadzie tak śmiesznie jak teraz
Było trudno, było biednie, było daleko do innego świata. Było źle, groźnie, przaśno, szaro.
Było pod Wielką Górę, było w cieniu Wielkiej Góry. Było smutno i bardziej smutno.
Wszyscy tam jakoś, na różne sposoby bylismy róźowi, czerwoni i szkrłatni. Wszyscy jakos tam nieślismy brzemię tej czerwieni i pluskaliśmy sie w jej blasku. Bo nie dało sie inaczej. Bo tak nas wylosowano w wielkiej wojennej grze. Orzeł ukrywał koronę pod skrzydłami, Rodzice i Dziadkowie uczyli nas śpiewać My Pierwsza Brygada i Boże coś Polskę. W szkole deklamowalismy wiersze o czerwonym Październiku i dobrym wujku Leninie ( o Stalinie równiez, ale tego nie napisze bo nie pamietam). Ustawialiśmy się w 1-szo majowych pochodach. Jedlismy lody z fabryk , które biły socjalistyczne rekordy oszczędzania mleka, mieszkaliśmy w domach zbudowanych przez socjalistyczne brygady. Każdy dzień, miesiąc rok przynosił nam nowa wiedzę o ilosci traktorów, lokomotyw i snopowiazałek przypadjacych na głowę szczęśliwego mieszkańca PRL. Kobiety rodzily dzieci w socjalistycznych klinikach, socjalistyczni lekarze wbijali nam w tyłki socjalistyczne strzykawki napełnione socjalistycznymi szczepionkami, soclakistyczni dentysci reperowali nam bezpłatnie skażone socjalistycznym chlebem i kartoflami nasze młodę zęby. W Wigiljne wieczory dzieliliśmy się białym opłatkiem równiez z zamieszanymi w budowę socjalistycznego kraju naszymi bliskimi. Bo przeciez nawet Ci bezpartyjni, Ci bielusieńcy jak śnieg, Ci spod znaku Polski Walczacej, NSZ, AK pracowali w tych socjalistycznych fabrykach oszczedzających mleko na lody, w tych socjalistycznych szkołach milczących o Katyniu, w tych socjalistycznych drukarniach wypluwajacych z pod pras Trybuny Ludu, Sztandary Młodych i podręczniki do nauki rosyjskiego i opowiesci o malym SOSO. Przecież projektowali domy na MDM i Trasę WZ, przecież podnosili z gruzów Stare Miasto i Zamek. Przecież budowali drogi i mosty, kręcili filmy i reżyserowali wspaniałe spektakle teatralne. I kreowali niezłą modę na ciuchy, meble, porcelanę, sztukę użytkową.
Czy grzeszyliśmy Oni i My? Nie. Żyliśmy. Żyliśmy i dorastalismy – jak moje pokolenie – w przekonaniu, ze nadejda czasy w ktorych Wszyscy bedziemy razem świętować, tańczyć i śpiewać.
I to były czasy biedne, ale wspólne. Uświęcone tysiacem wartosci rodzinnych, tradycją przekazywaną wcale nie do końca ” na ucho”. Czasy trochę europejskich jaskiniowców nie znajacych smaku coca coli i owocowego jogurtu.
A potem nastała światłość.
Idiotyczna euforia. I można było kupić poledwicę na befsztyk i szampon Wash and Go i rajstopy nagle znalazły się w sklepie z bielizną, a nie pod ladą w warzywniaku. I nikt juz nie deklamował wierszy o październiku i modlilismy sie za Katyń nie w ciszy domowej. Paszporty z szuflad w mininisterstwie nagle powedrowały do szuflad w naszych komodach i Grobelny ogłosił , ze wymienia smutne zlotówki na wesołe marki i dolary. Dał dupy, ale cóż . Nowy Świat wymagał od nas spojrzenia na rzeczywistość z nowej perspektywy. Ta nowa perspektywa dawała nam szansę na ogarniecie jak bardzo kochamy ten nowy, wolny(?) świat. Te miliony kolorowych swiatełek jakimi wyznaczalismy teraz naszą podróż do dobrobytu ekonomicznego i intelektualnego, do wolnosci do i od zawróciło nam w głowach. Byliśmy na kolorowym jarmarku z tysiącem karuzeli i plastikowych zegarków, z kogucimi piórkami, piłeczkami na gumce i darmową, cukrową watą.Dokonywaliśmy wolnych wyborów pomiędzy najgorszym i gorszym, upajaliśmy i upijaliśmy się tą kolorową wolnością.
I trwało to 20 i parę lat. I dotarliśmy do czasów cyrkowych, do momentu kiedy śmiech jest jedynym wyjściem z sytuacji. I nie wiemy – my wychowani w czasach szarych i podobno złych i czerwonych, czy przypadkiem nie powiemy czegoś co spowoduje, że staniemy sie jeszcze gorsi. Więc śmiejemy się, bo kabaretowe czasy trwają, bo gramy w tej komedii rolę złego Brata, Siostry, Ojca i Matki. I śmiejemy się bo szkoda łez…

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

nie wierszem pisane o…..

Brzoza wariatka za oknem drży z zimna, okrywa się resztkami złotej kiecki. Róża zawija się poszarpanym zielonym szalikiem. Sumak z rozpaczą nachyla się nad utraconym przyodziewkiem, którego jeszcze nie dosięgnęły moje grabie. Nagi – czeka na mrozy i rozmyśla czy uda mu się na wiosnę zadziwić mnie pióropuszem zieloności. Jeszcze tylko resztki fijołków odważnie i bez stresu czekają na śnieg. Zbrązowieją usztywnione mrozem, zagrzebią się w białym puchu, zrezygnują z walki i dotrwają do wiosny.
Tak żałuje, że w moim Edenie nie ma kłującego ostrokrzewu, rajskiej jabłoni, której złoto-czerwone dzieci okryły by się szronem, wielkiego cisa o czerwonych jagodach, zimozielonego bluszczu na poręczy balkonu, pełznącej po trawniku irgi i jałowców . Jak żałuje, że nie rośnie tu świerk spleciony z sosną, tuje w ciemnozielonych zbrojach, wierzba, która w lutym poinformowałaby mnie o nadchodzącej wiośnie baziami o kociej miękkości.
Chciałabym, żeby nadeszły wiatry niosące śnieg, żeby ogródek zabłysnął bielą jak panna młoda w welonach i koronkowych halkach.
Żebym mogła postawić na parapecie świeczki zwiastujące nadejście prawdziwej zimy. Żeby moje wielkie okno otworzyło się, jak ekran, na srebrno białe przestrzenie, a zimowy księżyc zamienił trawnik w zamarznięte jezioro.
Czekam na frędzelki szreni na gałązkach smutnego bzu, na puchate śniegowe rękawice na doniczkach kryjących w ziemi cebulki tulipanów i hiacyntów. Czekam na uszate, białe berety na parapetach. Czekam na przyniesioną na balkon choinkę owiniętą siatką i pachnącą wielkim lasem. Czekam na stół zastawiony półmiskami pełnymi parującego, świątecznego jedzenia. Czekam ciepły blask świec, które postawię na pianinie, na zapach wypastowanej podłogi, na moje Dzieci i Wnuki zasiadające przy okrągłym stole i pochylone nad talerzami wigilijnego żarcia.
Tak mi smutno, że jakoś nas z każdym rokiem mniej, ciągle kogoś ubywa i zamiast zmartwienia, że stół będzie za mały, zmartwienie, że któreś miejsce puste… A z drugiej strony egoistycznie cieszę się, że przecież będą ze mną i życzę tym samotnym Moim Bliskim przy wielkim stole, żeby znaleźli swoje drugie połowy i obiecuje, że nigdy dla nich miejsca w moim domu nie zabraknie…
Cierpienie po stratach moich ukochanych jest też w ten wieczór największe i najbardziej bolesne. Odeszli na dobre i nie powrócą. I zamykam oczy i chce mi się płakać i przypominam sobie wszystkie Wigilie mojego życia. I pamiętam Dziadka grającego kolędy i Babcię podającą do stołu wielka wazę grzybowej zupy i Mam zapalającą czerwone świece w holu mieszkania na MDM i Ojca przebranego za Mikołaja i Romka śpiewającego kolędy i Juliusza ubierającego 3 metrową choinkę. I Nacię nachyloną przy stole i Marynię stawiającą na obrusie salaterkę z marynowanymi rydzami i Wicię szukającą widelca i Renię nad salaterką z kompotem. Kazika z Danką, Adama z Pawłem… I Pamiętam wszystkie życzenia przy opłatku i wszystkie dobre i złe wieczory. I to jest mój wielki bagaż, którego się nie pozbędę i który poniosę ze sobą aż do dnia w którym po prostu nie będzie to już konieczne i na końcowej stacji KTOŚ zdejmie mi ten plecak z ramion i zaprosi mnie do innego stołu

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

nawet jeżeli tytuł to nie wiadomo jaki

Bo za każdym razem tytuł? Bo mam powiedzieć, że nie wiem? Bo nie wiem, bo pomysłu nie mam na kolejny? Bo nie mam pomysłu na kolejny wpis? Mam , mam, mam, ale kolejny pomysł jest bardziej fatalny od poprzedniego. Ciągle użalam się nad sobą, ciągle wyciągam z mojego życia miliony nici jak ze starego dywanu. Ciągle pruję moje życie jak stary sweter i nie docieram do szwów i mankietów. Zawsze tylko przód i tył – daleko do końca.
Będąc dzieckiem starałam się zawsze być dzieckiem dobrym i układnym. Dzieckiem takim jakiego ode mnie oczekiwano. Nigdy nie protestowałam, nie wychodziłam przed szereg, nigdy nie płakałam za rzeczami niemożliwymi. A rzeczy nie możliwych było po prostu bez liku. Nie mogłam mieć własnego pokoju, łóżka, psa, matki na co dzień gotującej obiady, ojca grającego ze mną w loteryjkę, cichych popołudni niedzielnych z wychodzeniem na lody i spacerami do Łazienek.
Nie narzekam na dzieciństwo. Byłabym wstrętnym stworzeniem pisząc, że moje dzieciństwo było obrzydliwie ponure i trudne. Było cudowne i spokojne, pełne wrażeń i miłości . Pełne spokoju. Podarowane mi przez moich Dziadków, Ciotki,bliskich. A jednocześnie pełne stresów ofiarowanych mi przez Mam – szaloną kobietę, która zapanowała nad moim życiem, moim ja i moją tożsamością. Mam 63 lata i budząc się w nocy wiem, że, wszystko co spierdoliłam ma źródło w miłości do niej. Kochałam Mam miłością pierwszą, niesłychaną i nieodwzajemnioną. Kochałam i tęskniłam. Kochałam i umierałam ze strachu po 2 chwilach jej nieobecności. Przysięgałam sobie, że nigdy nie zrobię tego swoim dzieciom.Ze nigdy nie uzależnię ich od siebie. Mam nadzieję, że się udało. Moje dzieci mają swoje własne życie, moje dzieci patrzą w swoją przyszłość. Ja jestem – mam nadzieję – tylko jakimś przecinkiem w ich życiu.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

„wlistopadzie”

Mój poprzedni blog gdzieś rozwłócza się w internetowej chmurze, gnany listopadowym wiatrem, wypłukiwany przez listopadowe deszcze, zamknięty na zawsze w skorupie zapomnienia. Ale to nic. Kiedyś , ktoś, jakoś go odkryje, przeczyta i może pomyśli o mnie ze smutkiem, ze śmiechem, ze zrozumieniem, że przecież byłam, pisałam, starałam się przekazać moje ja, moje tam, moje wtedy.Patrzę przez okno na listopadowy wieczór i staram się przywołać to co napisałam kiedyś, przypomnieć sobie jaka byłam te lata temu kiedy zaczynałam. Ale przecież zaczynam każdego dnia po obudzeniu. Każdego poranka zaczynam od nowa. Zbieram myśli, wspomnienia, buduje od nowa rzeczywistość. Ja ją , nie ona mnie. Jestem już za stara, żeby się poddać marzeniom o pomysłach na nowy dzień. Nowy dzień musi, a w zasadzie powinien poddać się mojemu o nim wyobrażeniu. To ja określam jego możliwości. To ja wiem jaki będzie. Żadnych fantazji i żadnych sugerowanych opcji. Ja dyktuję warunki, ja przewiduję zdarzenia i określam możliwość realizacji moich zamierzeń. Nie ma prawdopodobieństwa. Nie ma miejsca na : może tak, a może inaczej. Jest określony cel… Określona strategia i określony wynik…
Jakby to było piękne gdyby mogło być prawdziwe. Gdybym otwierając oczy wiedziała, że dziś to, jutro tamto. Gdybym wiedziała, że wszystko co postanowiłam uda mi się wykonać chociażby w 50%. Gdyby moje postanowienia realizowały się tak jak szybko jak podejmuje postanowienia o ich spełnieniu.
Listopad to niezbyt dobry miesiąc na jakiekolwiek życiowe misje. Niby podsumowanie roku, niby wspaniałe resume, ale zawsze w tyle głowy jakiś nieuświadomiony strach, że może to lato było ostatnie, że może już nigdy nic…I w modlitwach przed snem jedna myśl: Tyle mam do zrobienia, tyle mam do przeżycia, tyle mam do powiedzenia bliskim, dalszym najdalszym. Tyle mam do przeczytania, do uporządkowania, do przemyślenia. Tyle mam do zobaczenia, do zachwycenia, do pokochania. Tyle mam miłości do przekazania – czy jej chcą czy nie – ale ona po prostu jest.
Listopad do nie najlepszy miesiąc o myśleniu o sprawach zapomnianych, zużytych, nieprzetrawionych. To nie najlepszy czas na zamykanie szuflad pamięci.
To świetny czas na szykowanie konfitur i mrożonek, które przeżyją zimę i dotrwają wiosny. Wiosny, która pozwoli na wywalenie z zamrażarek przeterminowanych wspomnień, umycie zalanych listopadowym deszczem okien, uporządkuje szafy pełne paskudnych moli, starych szali i nikomu nie potrzebnych czapek zasłaniający oczy.
Jestem dobrej myśli,że czas zlituje się kiedyś nade mną i dotrwam do wiosny z umysłem nie zmienionym przez jesienną nostalgię i jesiennym przekonaniem, że nic już mnie nie czeka.
Wyzwoli mnie Grudzień. Wyzwoli mnie grzybowa zupa gotowana przez moją Starsza Córkę i jej wspaniale wigilijne śledzie. Wyzwoli mnie wspólne klejenie pierogów i zapach piekącego się makowca. Wyzwoli mnie zapach choinki , uśmiech Kuby i Zo przy wigilijnym stole. Wyzwoli mnie z listopadowych smutków powitanie Natalii na Okęciu, kolorowy papier na mikołajowych prezentach. I parę wieczorów z moimi ukochanymi. Nawet jeżeli ja kocham ich bardziej niż oni mnie – ale to nie ma żadnego znaczenia.
Wyzwoli mnie przejście z tego do następnego roku.
Nie wiem dlaczego dzisiaj tyle we mnie smutku – może po prostu pogoda nie ta, a powrót z pracy po przyklejonych do asfaltu liściach i światła latarni w deszczu smutne jakoś tak bardzo. Może deszcz, może Eden ponury, a brzoza wariatka już zgubiła wszystkie złote kokardki z warkoczy… Może tęsknię bardzo za możliwością pogadania z kimś w ciepełku miejsca, które nazywam salonem ( choć do tego mu daleko, ale jednak). Może tęsknię za kimś, kto mnie obejmie i naszepcze do ucha cokolwiek. Może jestem jakoś tam wewnętrznie zmarznięta?

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

październikowe tete a tete

Październik , podstarzały lowelas, jeszcze wręcza zapomniane róże i maskuje umieranie złocistym makijażem. Ukryty pod szarym parasolem i peleryną listopada podtrzymuje obraz jesieni. W tym roku nie strzelił focha wpuszczając zimę na swoje terytorium, nie wykorzystał możliwości zanudzania nas opowieściami o śnieżnych porankach i przymrożonych łąkach, ale tez nie wzbudził nadziei na letnie wieczory.
Zachował się, w miarę, przyzwoicie. Odchodzi pokazując listopadowi wskazujący palec w niedwuznacznym geście.
Listopad zaczyna robić porządki na trawnikach i w jarzębinach, sprząta pozostawione na asfalcie październikowe listy, chowa w gałęziach drzew urodzone latem pąki – czekające na wiosnę. Listopad daje umiarkowane znaki nadchodzącej zimie, toruje jej drogę do świątecznych zamieszek i szaleństw, do noworocznych toastów i miesięcy kiedy stanie się Panią Świata. Naszego Świata.
Jeszcze nie płacze i nie otrząsa się jak mokry pies, jeszcze nie otwiera drzwi północnym wiatrom, nie zmusza do kupowania kolejnych parasoli i wciskania się w za małe kalosze. Ale już kusi ciepłą zupą zamiast jogurtowych chłodników, już zachęca do gęsiny pieczonej z jabłkiem, a zamiast owocowych tart podsuwa pomysły na ciężkie strudle i puchate drożdżowe ciasta. Jakoś tak, niepostrzeżenie namawia do wywietrzenia wełnianych szali, odkopuje w pamięci miejsce składowania rękawiczek i czapek z pomponem, odrzuca chęć perfumowania się wiosennym zapachem Dolce Gabana…Zagląda do lodówki i porządkuje półkę na owoce. Podrzuca pomarańcze w miejsce śliwek, ustala priorytety zakupowe dokładając do letnich pomysłów kapustę, kaszę, kartofle i wieprzowe żeberka.
W szafach przesuwa wieszaki , odnajduje zapomniane , kupione w minionym roku swetry, wełniane spodnie i flanelowe koszule. Pachnie dymem, suszonymi śliwkami i cynamonem. Kotom wyrównuje futrzane ubytki, włosom pań domu nadaje miękkość , rękom każe się kryć w długich rękawach bluzek. Facetów namawia na wieczornego drinka. Zmienia poczucie czasu, wyostrza węch, zataja godziny zmierzchu i świtu .
Wszystko zatapia się w szarościach , flanelach, , listopadowych woalach.Piękny, nie zastąpiony czas spokoju i oczekiwania. I jak napisała moja świetna córka – listopad to nie pora roku, to stan umysłu.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj