Opatów miejsce magiczne

Marysia Ski na f-b zainspirowala mnie pisaniem o miejscach magicznych. Zaczynam więc nowy wątek mojego bloga i żeby nie było: bedzie romantycznie i autobigraficznie i bardzo ode mnie. Ci ktorzy widzą w moim pisaniu użalanie sie nad sobą, albo wywlekanie wlasnych flaków na publiczny widok – niech zaoszczędzą sobie czasu na czytanie i pisanie komentarzy, jak tez na komentowanie mojego – bloga gadajac głupoty. Ja to ja, ja to moje zycie, moje małpy i mój cyrk. Ja tu fikam koziłki, tresuję lwy. Czasem płaczę, czasem sie smieję. Czasem narzekam, czasem żartuję. Czasem uciekam od rzeczywistości, a czasem  staram się ją po prostu opisać zgodnie i prawdziwie. Jaka by ona nie była.

A więc Opatów. Miejsce bez którego nie istnieje parę długich lat mojego życia. Miejsce, w którym znalazłam sie kiedyś , dawno temu tylko dlatego, że z przedziwnego zbiegu okoliczności  odnalazłam Bratnią Duszę, Kobietę, która została na lata moją Przyjaciółką, Powiernicą, Towarzyszką, Dobrym i Złym Duchem mojego życia. Nie ma Jej już miedzy nami, odeszła w jednej chwili, ulotniła się z tego świata. I z mojego świata.  Jej historia zafascynowała mnie od pierwszej chwili poznania. Jej sposób na życie zadziwiał mnie, przerażał i wkurwiał. Jej pomysły radykalizowały moje pojęcie stabilizacji. Byłam „za i przeciw”, byłam wściekła i zachwycona. Nie dawałam rad, nie sugerowałam zmian, byłam starsza siostrą i dobrym (?) duchem jej poczynań.

Jej Dom w Opatowie , odziedziczony po dziadkach był domem  pełnym niepokoju, stresujacym, ogromnym, zaniedbanym i niewytłumaczalnie pięknym. Sień wielka ze schodami na nie wykończony , drzwiami do kuchni i reszty pokoi z jednej strony i do dziwacznego nie odnowionego nigdy pokoju „gościnnego” po drugiej stronie. Kuchnia – ogromna. Drzwi do salonu, kaflowa kuchnia – potem przerobiona na gazową, półki zastawione flaszkami po wódce „Baczewski’,drewniany stół pod oknem na ogród i podwórze. Wieczorami , w oknach zrujnowanej stajni -widocznej przez okno-  zapalało się migotliwe światełko. Drżący plomień świecy, albo naftowej lampki. Niczym nie uzasadniony chybotliwy poblask ognia. Spoglądaliśmy, siedząc przy stole, w ten płomyczek za oknem . Zaczynały się opowieści o Żydach przechowywanych w stajni w czasie wojny, o duchach błądzących nad rzeką, o robaczkach świętojańskich i nikt nigdy nie wytłumaczył pochodzenia światełka za matowymi szybkami. Stało się nieodłączną częścią wieczornych kuchennych nasiadówek. Topiło sie w kieliszkach z bimbrem pędzonym w łazience z kilogramów wiśni hodowanych przez facetaq mojej Przyjaciólki.

Z kuchni drzwi prowadziły do łazienki i do salonu, Salon  majestatycznie purpurowy, koronkowe serwety na stolach i fotelach.  Pianino, setki książek na półkach. Okna na główną przelotową ulicę, po której co chwila przjeżdżały ogrome ciężarówki do Rzeszowa, Tarnowa, na granicę – budząc kryształowe kieliszki za szybami kredensu i zmuszając je do szklanego śpiewu. Zimą palono w wielkim brązowym , kaflowym piecu. Drzwiczki roizgrzane do czerwoności, zapach rozgrznej dębowej podlogi. W Święta Bozego Narodzenia – ogromne jodły w rogach pokoju ubrane w papierowe łańcuchy i anioły przycupnięte na lśniących zielenią gałęziach. Jodły przywiezione prosto ze świetokrzyskiego lasu.

Łazienka – przejściowa – miedzy kuchnią, a sypialnią Pani Domu. Wanna na lwich łapach. Niebiesko, biało i błękitnie. Greckie obrazki na scianach, zwiewne tiulowe firanki. Latem zapach mięty z ogrodu, zimą szron na szybach.

Sypialnia Pani Domu – bałagan niesamowity, ale drzwi do Gabinetu – ujawniały piekne miejsce i piekny umysł. Kominek, wielkie biurko. zima kolejn choina, latem kwiaty w wazonach.

Ogród. Jabłoń ogroma. Nie szczepiona, ale rodząca cudowne złote jabłka na szarlotki pieczone w prodiżu, musy do nalesników, kompoty w słojach przechowywanych w spiżarni. Krata ciężka od winogron, zagony sałaty, pomidorów, ziół , złotych dyń i monstrualnych kabaczków. Eksperymentalny ogródek czerwonych papryk poprzerastany świcznikami bobu i brukselki. Nad brzegiem rzeki plynacej przez ogród czarne porzeczki i malinowy chrusniak. Nad studnią rozkrzewiona róża zaplatana w siebie i powoje. Wiosną pod oknami wychodzącymi na ulicę szaleństwo tulipanów, o których nikt nic nie wiedział więc poszły na całość kwitnąc w milion kolorów. Trawa po pas , mięta przy studni, szaleństwo roślin. W letnie wieczory grill pod jabłonią. Bęben od starej pralki jako palenisko. Flaszki, leżaki, domowe marynaty i światełka ze stajni… Słowiki wiosną, spadajace jabłka latem, orzechowy zapadch ogrodu jesienią i śniegi po pas w zimowe wieczory. I świece pachnące lawendą i wanilią w zabałaganionej kuchni.

Spacery. W dół albo w górę rzeki. Zależalo od pomysłu. Czasem wiosną do wiśniowego sadu, albo w latem w kartoflano – kapuściane pola w stronę klasztoru. Na rynek po pachnący chleb i maślane bułeczki, na taarg po skrzynki pomidorów na przeciery, sok i ketchup, po papryki i gruszki na marynaty. Do rzeźnika po polędwicę tańszą niż w Warszawie kotlety schabowe.

Towarzysko. Spotkania przy kuchennym stole, spotkania w Sylwestra,spotkania w weekendy i dni po powszednie. Koszmarna balanga noc i dzień, bez ograniczeń i bez zastanowienia. Spacery po rynku , wizyty u znajomuch i przyjaciół Królika. Poranne herbaty i kawy, kanapki z serem, zupy gotowane dla kilkunastu osób na wieczorne spotkania. Wizyty znajomych z koła lowieckiego, przychodzących z pękami dzikich kaczek ustrzelonych na bagnach. Skubanie, patroszenie, pieczenie. Jabłka, majeranek, mięta. Ziemniaki obierane do wielkiego gara. Kolejne szarlotki w prodiżu, kolejne pieczyste w piecu, kolejne litry alkoholu.

Koty. Śpiące na kaflowej kuchni. Jak najbliżej płonacego pod fajerkami ognia. Oczy zmrużone od blasku. Futra ciepłe jak termofrory. Kocie łapy stąpające po rozgrzanej płycie. Kocie mruczenie nad ranem, koci ciężar na wyziębionej puchowej pierzynie.

Wymiksowałam sie  tego, wyautowałam, przestałam tam jeździć, przestałam się zachwycać. Wszystko prowadziło do kompletnej destrukcji, do uzależnienia do popadnięcia w ” Opatowski”syndrom. Jej nie ma. Umarła paląc papierosa i pijąc herbatę. Odeszła , odbiegła, zostawiła za sobą wielką pustkę. Była cudowną wariatką, nie zapokojoną w szukaniu samej siebie i swojego świata. Była moją Przyjaciółką zawsze i wszędzie. Dawałyśmy sobie po razie, kochałyśmy się, trzymałyśmy się za ręce. Brak mi jej bardziej niż potrafię to powiedzieć. Magiczny Opatów to ona i jej świat. Magiczny Opatów to ja i te parę lat z nim związanych.

 

 

 

Informacje o malgo531

Data urodzenia? Bardzo dawno temu w innych czasach. Rodzice? AA - aktor i architekt. - trochę znani. Dziadkowie - Babcie : Zofia Mama Mamy i Janka Mama Taty . Jedna szczupła druga gruba. Ja po tej drugiej. Dziadkowie: Jan i Eugeniusz. Pierwszy ukochany księgowy z Naszej Księgarni, przynoszący do domu setki książek, które mam do dzisiaj. Palący fajkę i grający na pianinie w zimowe wieczory i niedzielne wiosenne przedpołudnia. Drugi znany tylko z opowieści. Zginął na Majdanku za calokształt tego w co wierzyl i co robił. Wyksztalcenie? : idiotyczne, wyższe, nie przydatne do niczego. Stan cywilny ? Wdowa po 2 mężach. Jednym rozwiedzionym ze mną przed laty,ale zawsze traktowanym jak mąż, drugim neurastenicznym, cudownym facecie, który po prostu nie dał rady ponieść konsekwencji życia. Dzieci? TAAAK - ukochane absolutnie, absolutnie dorosłe. Wnuki? TAAK przepoczwarzające się w motyle, które odlecą, ale na razie ciągle jeszcze są Dziećmi. Mieszkanie? Ursynów dzielnica biedniejszej inteligencji, a w zasadzie bardzo biednej inteligencji. Parter z ogródeczkiem wielkości chustki do nosa i brzoza wariatka pod oknami. Praca? ukochana. Zainteresowania? jeżdżenie, oglądanie, wąchanie świata. Kolor? czerwony jak żylna krew. Jedzenie? Wszystko oprócz zupy szczawiowej, czerniny i barszczu ze śmietaną. Stan posiadania? 100 letnie pianino, obrączka po Babci, niezidentyfikowany obraz, setki książek koty w dwupaku, długi i miejsce na cmentarzu. Ulubiony kwiat? nasturcja bez włochatych gąsienic i pachnący groszek albo eustomia(????). Przyjaciele? Nieliczni ale są. Życie prywatne? hahaha!
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Opatów miejsce magiczne

  1. ~ela pisze:

    Cudowne…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>