tu i teraz

Boże nie każ maluczkich i nie depcz boskim butem

Pozwól im Tobie śpiewać   na ich maluczkich nutę

Pozwól na małe modlitwy szeptane w nocnej ciszy

I daj im szanse uwierzyć, że czasem ich usłyszysz

I daj im szansę zapomnieć o ich codziennym cierpieniu

I pozwól się uspokoić ich przerażonym sumieniu.

I daj nam Boże zapomnieć o naszych małych grzechach

I daj nam Boże pogrążyć się w naszych niewinnych uciechach.

I tak nam Boże dopomóż z dnia na dzień i z nocy na noc

Wysłuchaj mojej modlitwy na tę dzisiejszą „dobranoc”…….

Jestem wykończona, przerażona, zdeprymowana, samotna i wykończona. Sama nie wiem jak dalej mam sobie wyobrażać dalszy ciąg mojej egzystencji. Nie życia, a egzystencji właśnie. Dzisiaj po przyjeździe do domu zobaczyłam na drzwiach klepsydrę informującą o śmierci mojego sąsiada z piętra wyżej – profesora urologii, który , szczerze mówiąc był dla mnie nikim. Osobą która dwa razy zalała moją łazienkę, której pies obwąchiwał przyjaźnie moje dłonie , facetem, z którym spotykałam się na organizowanych przez nas konferencjach. Bardzo mnie jednak ruszyło to, że przecież jestem z tej samej półki i być może za jakiś tam czas odejdę jak on w niebyt. Ale przecież nie o tym chciałam pisać. To tylko taki wstęp do opowieści o wiecznym strachu, o bliskim strachu, o strachu tu i teraz. Mój strach to obawa o najbliższych mi ludzi, o moje średnie dziecko, które nigdy chyba nie wyjdzie z nałogu i heroina rozpierdoli życie nam obojgu. Kłamię wszystkim mówiąc, że jest lepiej, że jest jakaś prosta, na którą można wyjść. Że jest światełko w tunelu, a tunel jest prosty i czysty. Kłamię, bo tak jest łatwiej i międzyludzkie układy nie są tym samym zabagnione. Kłamię, bo nie potrafię powiedzieć ” Ratunku”- nie ma wyjścia, podajcie mi ręce. Kłamię bo się wstydzę, że nie potrafię być twarda jak stal i czysta jak kryształ . A jednak jestem. Jestem twarda jak stal i czysta jak kryształ, jestem prosta jak trzcina i przezroczysta jak źródlana woda. Jestem Matką, która używa pazurów i zębów, żeby ochronić , żeby nie pozwolić zginąć swojemu Dziecku. Dziecku skazanemu na zagubienie, na powolną, nieuniknioną śmierć. A z drugiej strony – chciałabym móc pożyć sobie w spokoju na mojego Lachmana , na mojej wysiedzianej kanapie, z widokiem na moją oszalałą brzozę, z moimi bluszczami i kotami, z poduszkami i wyfroterowanymi podłogami.

Ale kłamię, że jest mi dobrze. Kłamię, że mam kasę, kłamię, że wszystko się jakoś ułoży. I wstaję rano i idę na plantację i wyrzynam tony trzciny i ładuję ją w worki i uśmiecham się i piję herbatę i robię sobie kanapkę i rozmawiam z ludźmi jak szczęśliwy człowiek……..

I proszę zostawcie to bez komentarzy.

 

 

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

z przeprosinami

W zasadzie, to TYCH, KTÓRZY MNIE CZYTAJĄ przepraszam bardzo uprzejmie za wczorajszy kompletny pesymizm. Powinnam sobie uświadomić, że przecież w zasadzie nic nie sygnalizuje takich moich desperackich myśli. Nie ma żadnego znaku, że TO JUŻ ZA CHWILĘ. Kiedys dawno, dawno temu zapytałam moją wówczas 80-cio letnią babcię Zosię jak to jest w tym wieku. Czy strach przed odchodzeniem zmniejsza się czy zwiększa z wiekiem. Czy bardziej boimy się w młodości czy na starość. I dostałam taką oto odpowiedź od Babci, wierzącej, praktykującej i bardzo bardzo mądrej i wyrozumiałej : Czym dalej tym strach w zasadzie mniejszy, inny i dotyczący zupełnie czegoś innego. Śmierć to tylko wysoki próg, przez który trzeba przejść. Za tym progiem jest coś wspaniałego i wielkiego czego nie rozumiemy. Teraz, w tym wieku, strach to tylko obawa, że nikt nie doceni naszego tu i teraz, że zapomnicie o nas szybciej niż wam sie wydaje, że posprzątacie po nas, zamieciecie i odkurzycie. Tylko tego sie boję.

Babcia odeszła w ciszy i spokoju mając 91 lat. Odkurzyłam, posprzątałam, wymiotłam, ale nic nie zginęło. Ani jej uśmiech, ani pamięć jej koronkowych serwetek na stole i smak niedzielnych przysmaczków. Ani  piosenki, które mi śpiewała drżącym głosem  niemiłosiernie fałszując. Ani dotyk jej posmarowanych glicerynowym kremem dłoni, ani zapach jej siwych włosów ułożonych przez „sadybskiego” fryzjera Pana Rolę. Nic nie poszło w niepamięć. Płowe futro z piżmowców z wielkim ” szalowym” kołnierzem. Koronkowe rękawiczki, chińskie parasolki ” od słońca”i drobne stopy na które mierzyłyśmy niemieckie pantofle w berlińskim sklepie przy Karl Marx Alee. Pamiętam talerze kaszy manny z malinowym sokiem,  wspólne pasjanse przy ogrągłym stoliku, kłótnie o wszystko i nic, absolutną tolerancję w sprawach wiary, przekonań i moich postanowień.

I właśnie tak chciałabym być zachowana w pamięci. Na razie nigdzie się nie wybieram i mam nadzieję, że plany wobec mnie też nie są takie stanowcze. Moje wnuki niewiele będą pamiętać, bo niewiele dałam im do pamięci okazji. A moje dzieci? Moim dzieciom dam i daję co mogę.Mogę niewiele, ale z pasją. Kocham świat i ludzi, kocham każdy krok na tej ziemi, kocham wszystkie wschody i zachody słońca, każdą roślinę, każdego zwierzaka. Kocham moje sukcesy i wpadki. Kocham  tu teraz i za chwilę.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

W zasadzie, to TYCH, KTÓRZY MNIE CZYTAJĄ przepraszam bardzo uprzejmie za wczorajszy kompletny pesymizm. Powinnam sobie uświadomić, że przecież w zasadzie nic nie sygnalizuje takich moich desperackich myśli. Nie ma żadnego znaku, że TO JUŻ ZA CHWILĘ. Kiedys dawno, dawno temu zapytałam moją wówczas 80-cio letnią babcię Zosię jak to jest w tym wieku. Czy strach przed odchodzeniem zmniejsza się czy zwiększa z wiekiem. Czy bardziej boimy się w młodości czy na starość. I dostałam taką oto odpowiedź od Babci, wierzącej, praktykującej i bardzo bardzo mądrej i wyrozumiałej : Czym dalej tym strach w zasadzie mniejszy, inny i dotyczący zupełnie czegoś innego. Śmierć to tylko wysoki próg, przez który trzeba przejść. Za tym progiem jest coś wspaniałego i wielkiego czego nie rozumiemy. Teraz, w tym wieku, strach to tylko obawa, że nikt nie doceni naszego tu i teraz, że zapomnicie o nas szybciej niż wam sie wydaje, że posprzątacie po nas, zamieciecie i odkurzycie. Tylko tego sie boję.

Babcia odeszła w ciszy i spokoju mając 91 lat. Odkurzyłam, posprzątałam, wymiotłam, ale nic nie zginęło. Ani jej uśmiech, ani pamięć jej koronkowych serwetek na stole i smak niedzielnych przysmaczków. Ani  piosenki, które mi śpiewała drżącym głosem  niemiłosiernie fałszując. Ani dotyk jej posmarowanych glicerynowym kremem dłoni, ani zapach jej siwych włosów ułożonych przez „sadybskiego” fryzjera Pana Rolę. Nic nie poszło w niepamięć. Płowe futro z piżmowców z wielkim ” szalowym” kołnierzem. Koronkowe rękawiczki, chińskie parasolki ” od słońca”i drobne stopy na które mierzyłyśmy niemieckie pantofle w berlińskim sklepie przy Karl Marx Alee. Pamiętam talerze kaszy manny z malinowym sokiem,  wspólne pasjanse przy ogrągłym stoliku, kłótnie o wszystko i nic, absolutną tolerancję w sprawach wiary, przekonań i moich postanowień.

I właśnie tak chciałabym być zachowana w pamięci. Na razie nigdzie się nie wybieram i mam nadzieję, że plany wobec mnie też nie są takie stanowcze. Moje wnuki niewiele będą pamiętać, bo niewiele dałam im do pamięci okazji. A moje dzieci? Moim dzieciom dam i daję co mogę.Mogę niewiele, ale z pasją. Kocham świat i ludzi, kocham każdy krok na tej ziemi, kocham wszystkie wschody i zachody słońca, każdą roślinę, każdego zwierzaka. Kocham moje sukcesy i wpadki. Kocham  tu teraz i za chwilę.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

strach przed zimą

Zima.

Zawsze kojarzy sie z umieraniem, odchodzeniem, zapomnieniem, hibernacją. Zima, nawet piękna, jest częścią śmierci. Jest czasem rozmyślania nad odchodzeniem. Jest czasem rozliczeń z chwilami, ktore były i tymi, które pozostały do przetrwania na tym świecie. Przechodząc codziennie tymi samymi ulicami myślę jak wiele jeszcze razy zobaczę rozkwitające wiśnie, fiołki wypełzające z ukrycia, cień brzozy wariatki na ścianie. Strach przed umieraniem związany z martwota zapadającej w zimowy sen przyrody. Jestem jak drzewo, jak winorośl na balkonie, jak koszyk lawendowych łodyg w doniczce na parapecie. Może odzyskam świadomość wiosną, a może trzeba będzie mnie po prostu spalić w wiosennym ognisku oczyszczającym ogrodowy rozgardiasz. Może trzeba będzie mnie zapomnieć, wykopać korzenie, zutylizować…

Może nie doczekam słonecznej wiosny i dusznego lata? Może nigdy już nie zobaczę ursynowskiego, wiosennego wschodu w kolorze brzoskwini, zachodniej błękitnej szklaneczki z kroplą malinowego soku , południowej budyniowej smugi na gorącym niebie? Może to ostatni spacer pod gałęziami sumaków i orzechów? Może to pożegnalne  , zimowe całusy zapomnianych w trawie stokrotek? Strach przed odchodzeniem jest z roku na rok coraz bardziej deprymujący. Coraz bardziej obezwładniający, coraz bardziej przerażąjący. Tak bardzo się boję, że nie opowiedziałam wszystkiego, co opowiedzieć chciałam, że zapomnicie o mnie, że nie zdążę zapisać się w waszej pamięci, że nie zostanie po mnie  zupełnie nic. Tylko parę zdjęć  na facebook, podkoszulki w szafie, ślad w sieci, książki na regale przy łóżku, karta u lekarza, portfel z prawem jazdy. I jeszcze wspomnienie, że umiałam gotować i lista piosenek w ” ulubionych” i i że umiałam się śmiać i łykałam prochy na „nadciśnienie”. Nie wiem dlaczego dzisiaj tak mam. Nie wiem dlaczego dzisiaj tak się boję.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Jestem z Warszawy część druga

Mama czekała na nas na białej klatce schodowej. Mama czekała na nas pod drzwiami warszawskiego pieknego mieszkania, zaprojektowanego i zbudowanego dla tych, który przeżyli, wrócili, odnaleźli się i oczywiście byli na tyle na topie, zeby takie mieszkanie dostać. MDM byl dzielnicą dla wybrańców, dla tych od  kultury, sztuki. Dla tych którzy mieli to miasto odnawiać intelektualnie i w socjalistycznym wyobrażeniu – wspaniale.

I zapomnijmy o demagogii tamtych czasów i zapomnijmy o tym jak bardzo nasi rodzice byli sterownia i inwigilowani. Mój Ojciec nigdy nie zapisal się do partii, moja Matka była dzieckiem wychowanym „za sanacji”. Moi Rodzice byli po prostu potrzebni temu nowemu państwu jak deszcz potrzebny wysuszonej i zniszczonej ziemi. Ojciec , po obozowej masakrze, Matka bez powstańczej przeszłości ale wychowana  na wielkich polskich tradycjach. A ja? A ja byłam tylko małą dziewczynką w ciuszkach szytych przez Ciotkę  Marynię.  Rajstopkach z fildekosowych przedwojennych  pończoch, płaszczykach z przedwojennych pelis Babci, sweterkach dzierganych z przedwojennych włóczek. Moi Rodzice zasiedlili to piękne, białe mieszkanie, kupili meble z socjalistycznych wtedy, a kiedyś kapitalistycznych fabryk, urządzili je w stylu ” lata 50-te”.

Żyli życiem bohemy tamtych lat.Przyjęcia, premiery, bale. Mama w taftowych sukniach, Ojciec w smokingu, Premiery w teatrach, w których grał, bale w restauracjach, próby w rodzącej sie telewizji, praca w radiu, podróże po Nowej Polsce.

Mając 3, 4 lata zostawałam sama w pięknym, białym mieszkaniu z piosenkami Mamy nagranymi na taśmie wielkiego magnetofonu, który przyjechał razem z Ojcem z jego wyjazdu do Czechoslowacji. Umiałam odbierać telefon i wygłaszać do czarnej, ebonitowej słuchawki sakramentalne : HALLO

Mieszkaliśmy razem na MDM  do 58 roku. Pamiętam wszystko co mogło zapaść w pamięć 5-cio letniej dziewczynce. Wyprawy na dach z Ojcem, który pokazywał mi Warszawę o zachodzie słońca. Wyprawy do piwnicy po sanki, gdzie za stalowymi drzwiami czaił się strach przed kolejną , jakże dramatycznie opowiedzianą przez Ojca wojną, wzbogaconą o atomowy grzyb. Spacery do Parku Ujazdowskiego i Łazienek, Lody w Stylowej -tam gdzie teraz Batida, Flaki i Flisa, która jadłam z miseczki postawionej na dolnej półce baru stojąc między „ojcowymi” kolanami, oranżadę z milionem bąbelków w cukierni na Marszałkowskiej przy Teatrze Rozmaitości, w którym Ojciec grywał różne główne role. Wielkie rurki z kremem podawane do tej oranżady. Głęboki talerz ze stołówki w teatrze, na ktory wujkowie aktorzy nakładali  kilogramy tortowych ciastek. ( jadłam je łyżką do zupy). Pamiętam pochody pierwszomajowe oglądane z tarasów i balkonów Pałacu Kultury, przejażdżki Ojca Lambrettą – szarym skuterem na którym sadzał mnie na siodełku  przed sobą i jechaliśmy tak, żeby wiatr nas nie dogonił. Wycieczki kajakowe po Wiśle z przystani na Powiślu aż do nieznanych wiślanych łach zarośniętych łoziną i miętą gdzie robiliśmy wspaniale pikniki z żarciem z wiklinowego kosza Mamy. Spacery z Ojcem nad Wisłą i zjeżdżaniem na tyłku  z gór wydobytego z dna  piasku. Letnie wieczory i spacery z termosem po lody na Mokotowską . Zabawy w parku Ujazdowskim w jesienne popołudnia kiedy zaczynało się ściemniać, a liście szeleściły tak, że zaczynałam się bać duchów.

Pamiętam awantury Rodziców, pamiętam jak zaczęli się rozstawać, oddalać od siebie, a ja nie umiejąc się z tym pogodzić siedziałam z moim przyrodnim bratem pod stołem i obiecywaliśmy sobie, że nigdy się nie opuścimy, nie przestaniemy się kochać.

A potem pewnego zimowego dnia, Mama zapakowała moje rzeczy w brezentową walizkę, zaprowadziła mnie do windy i pojechałyśmy taksówką na Sadybę do Babci Zosi i Dziadka Janka, do Ciotki Naci i Maryni. Odjechałam na 9 lat na południe Warszawy. Odjechałam z ”miasta”, z białego domu, z życia, które znałam i kochałam. Zostałam przesadzona jak zawadzające na drodze drzewo. Pozbyli się mnie. Oddali w dobre ręce

Potem była Sadyba i o tym w rozdziale trzecim mojego warszawskiego pamietnika

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Jestem z tego miasta – specjalnie dla Michała P życiorys skrócony część pierwsza

Tak się ułożyło jakoś w życiu moich Rodziców, że spotkawszy się na przystanku kolejki podmiejskiej na Sadybie On Aktor Ona Architekt (świeżo upieczony) zakochali się w sobie – jak wiem z opowieści – bez pamięci.  W dniu spotkania Ona miała katar, a on „zimno” na ustach, dzień był paskudnie przedzimowy, kolejka spóźniała się jak zwykle, a na Powsińskiej błoto sięgało  no może nie kolan, ale na pewno cholewek . Było to jakoś przed świętami, więc prawdopodobnie w składzie węgla na rogu Powsińskiej i Okrężnej zaczynali już po nocach sprzedawać choinki, a Pan Gregorczyk zaprowiantował  swój sklepik w kwaszoną kapustę, suszone grzyby, buraki na ćwikłę i żurek w zalakowanych butelkach po wódce. Rodzice , zakochani bez pamięci wzięli ślub w maju 1952 roku w kościele Bernardynów, a przed tłumem wielbicieli Ojca i członkami rodziny Mamy uciekli z przed ołtarza przez zakrystię.  Przeznaczone dla nich kwiaty rozsypały się na wybrukowanym kocimi łbami dojeździe do głównej bramy.

Wesele Goście przepili o odtańczyli w mieszkaniu moich Dziadków na Okrężej 2 /97 – miejscu, które na wiele lat stało się moim domem, a teraz dogorywa zapomniane i zamordowane przez swoich właścicieli. Urodziłam się w rok i miesiac po weselu. Moi Rodzice mieszkali na Topiel w mieszkaniu skladającym się z pokoju połączonego z kuchnią i łazienka za ceratową zasłonką. W pokoju królową był piecyk „koza” z rurą wyłażącą przez okno. Nie wiem skąd brała się ciepła woda pod prysznicem, ale moim najwcześniejszym wspomnieniem jest szelest ceratowej zasłony i Ojciec w obłoku pary.

Urodziłam się 10 czerwca 1953 roku w Klinice na Karowej. Z opowieści mojej Mamy wiem, że było strasznie, ale w końcu żaden dzień narodzin z punktu widzenia rodzącej nie jest dniem cudownie rozkosznym. W każdym razie dostała po wszystkim miskę krupniku, a ja ważyłam 3 kilo i 50 deko i miałam na głowie czarne kołtuniaste włosy. Miałam  się nazywać Agata, Ze względów  różnych nazywam się Małgorzata i tak niech pozostanie.

Miałam 6 miesięcy . Przyszedł grudzień i Święta Bożego Narodzenia. Mama z Ojcem w drugi dzień Świąt wybrali się na chrzciny córki znajomych. Jechali samochodem prowadzonym przez znanego aktora, szosą wilanowską. Z tego co wiem , z opowieści,  był to najsłynniejszy wypadek tamtych czasów w Warszawie. Upośledzona Dziewczynka w samochodzie jadącym na przeciwko, który wpadł w poślizg i zderzył się czołowo z samochodem moich Rodziców – zginęła na miejscu uderzając głową w deskę rozdzielczą. Moja Mama miała zmiażdżoną lewą nogę, a Ojciec pękniętą rzepką kolanową. Przez następny rok Mama dochodziła do siebie, Ojciec dochodził do siebie, ja dochodziłam do siebie w ramionach mojej Babci Zosi , Dziadka Janka, Ciotki Naci i Maryni. Mówiłam pierwsze słowa, stawiałam pierwsze kroki, zaprzyjaźniłam się z Miśkiem – szpicem nad szpicami, nauczyłam się jeść łyżką, nożem i widelcem, sikać na nocnik,  chodzić, zakladąć buty i przesidywać na dziadkowych kolanach jak grał na pianinie – specjalnie dla mnie.

Mama i Ojciec wrócili do zdrowia. Ojciec do teatru, a mama do domowych obowiązków. Jej ukochana architektura , jej ukochana praca zamieniła się w opiekę nade mną, w dni pełne rehabilitacji potrzaskanej nogi, spacerów z córeczką do parku na Dynasach, zakupów na Krakowskim, babeczek z winogronami w cukierni na Tamce. Jej Marzenia ugrzęzły jakoś w domowych obowiązkach, w mieszaniu w garnkach, w czekaniu na powroty Ojca z Teatru. W śpiewaniu kołysanek. Widzę ją w szarym , pluszowym szlafroku, widzę ją ciągnacą moje sanki na Tamce, widzę ją w parku nad Wisłą. Widzę ją taką młodą i śliczną z rozpuszczonymi włosami pod prysznicem.

W 1956 roku przeprowadziliśmy się na MDM. Jechałam z Babcią dorożką na Plac Konstytucji. Padał deszcz, buda dorożki nie dawała do końca schronienia przed wilgocią. Babcia otworzyła wielką parasolkę w biało czarną pepitkę i z czarne portmonetki dała drobne dorożkarzowi. Weszłyśmy po wielkich białych schodach do wielkiego białego domu. Wjechałyśmy windą z drewnianymi  drzwiami aż pod samo niebo. Mama czekała na nas na białej klatce schodowej pod drzwiami z numerem 21.

To część pierwsza mojej opowieści, mojego pamiętnika.

 

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Drzwi do lasu

Byłam, poleciałam, wróciłam. 40 godzin w samolocie tam i tu. Strach przed lataniem jest do opanowania. Przy każdym starcie po 30 sekundach odliczania prawie wiadomo, że teraz tylko wszystko może pierdolnąć w powietrzu. A stamtąd nie ma odwrotu, więc trzeba się przestać bać. Koniec strachu, koniec wbijania paznokci w oparcie fotela. Teraz trzeba poczekać na stewardesy, na :”kawa – herbata”, na chusteczka do wytarcia spoconych rąk, na kanapka z serem, na sok pomidorowy, sok jabłkowy, na małpkę wliczona w koszt biletu. Teraz chmury za oknem i słońce odbijające się w skrzydle. Teraz tylko czekanie.  Strach przed lataniem, uzasadniony przekonaniem, że  TO nie ma prawa oderwać się od ziemi, że każdy z 4 silników jest zawodny jak silnik samochodu i może nagle po prostu zamilknąć nagle mija. Tam 10 kilometrów nad ziemią wszystko wydaje się spokojne i przewidywalne. Tam po prostu już nie ma się czego bać. Tam „banie się” się irracjonalne. Wszystko jest ogarnięte i spokojne. Ja tak mam. Strach umyka, chowa się, wycisza. Uspokajam się, przekonana, że teraz nic nie może się stać. Zacznę się bać przy lądowaniu. Moje uszy znowu zabolą, zatkane watą  ciśnienia nie usłyszą zmiany szumu silników. Mój rozum zdziwi się brakiem dźwięku, powiadomi mnie o zmianie i podwyższy poziom adrenaliny w organizmie. Strach ogarnie najpierw moje koniuszki palców, potem stopy, a potem całe  ciało. Żołądek zwinie się jak ślimak , napną się mięśnie brzucha i zacisnę palce na podłokietniku fotela. Zobaczę przez okno najpierw odlatujące chmury, potem skrawki ziemi zbliżającej się do brzucha samolotu, i wczepiona kciukiem w fotel poczekam na uderzenie kół w pas lądowiska.

Ile startów tyle lądowań! Tak sobie życzymy, tak sobie kalkulujemy, tak sobie wyobrażamy. Wychodzę z samolotu. Rękaw  taki sam w każdej części świata. Tylko za szybą inny świat i czym dalej od Europy tym cieplej za plastikową szybą. Nocą nie widać niczego ciekawego, a za dnia pewnie palmy i mocniejsza zieleń lądowiska. Lotnisko w Singapurze dywanowo -kolorowe. Stopy grzęzną w miękkości wykładziny, palarnia na tarasie. Temperatura powietrza jakieś 30 stopni, dżinsy uwierają, stopy większe o 2 numery bolą. Przed nami kolejne 2 godziny lotu.

A potem już tylko drzwi do lasu. Drzwi do świata, którego nigdy nie widziałam, nie wyobrażałam sobie, nie przewidywałam.

Drzwi do dżungli, do ryżowiska, do palmiarni, do białej plaży nad oceanem, do paskudnego żarcia pachnącego curry, do orchidei wyrastających z pni drzew, do deszczu żłobiącego  wzory na piasku , do piegów na trąbie słonia którego karmię w  parku owocami z kupionego za 2 dolary koszyka. Drzwi do oceanu, który mnie przeraża swoim przypływem, drzwi do różowo- fioletowego zachodu słońca w Tanah Lot, drzwi do księżyca na Nusa Dua. Drzwi do wszystkiego czego nie potrafię opowiedzieć i co śpi pod moimi powiekami i co będę pamiętać, pamiętać i pamiętać bez końca…

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Dawno mnie tu nie było…

Dawno mnie tu nie było, dawno, nie pisałam, bo chyba już nie umiem, albo umieć nie chcę. Tłumaczę sobie, że pisanie jest z jednej strony ścieżką do wolnoścci, a z drugiej paskudnym obnażaniem jak zdejmowanie majtek w miejscu publicznym. I nie wiem czy wybrać wolność, czy zdejmowanie pantalonów . Wolność jako publiczne gadanie o tym co boli i uwiera , zdejmowanie majtek jako pokazanie zaróżowionego półdupka, w który dostało się kiedys tam baty. Zasłużone bądź nie, ale baty po prostu.

Dostaję baty dzień po dniu. Dostaję baty od lat. Od tych batów boli mnie nie tylko półdupek, ale również rozum i całe moje JA. Moje JA jest obolałe i posiniaczone okrutnie. Moje JA cierpi – niezasłużenie chyba. Moje Ja jest w zasadzie moje i nie moje. Z jednej strony dumne i twarde, z drugiej jakieś takie służalczo miękkie i gotowe do idiotycznych jęków i użalania się nad własną niemożnością. Czasem mam wrażenie, że bicie i kopanie sprawia mi przyjemność, że daje mi kolejną szansę na użalanie się nad sobą. Z drugiej strony chciałabym być jak wredny babsztyl z naganem w ręku, który strzeli w łeb każdemu kto stanie na mojej drodze. Bez pardonu, bez chwili zastanowienia, bez łez. No i nie mogę tego pogodzić. Tej twardości i tej łagodności. Tego zapamiętania i miękkiego serca.

Teraz , każdy dzień wymaga ode mnie bycia dyplomatką. Wymaga ode mnie dokonywania wyborów między ja tu i teraz, a ja kiedyś tam w przyszłości. Zastanawiam się nad koniecznością konsultacji z terapeutą. Próbowałam, ale chyba nie potrafię pogodzić się ze wskazówkami i pokazaną drogą. Cały czas wydaje mi się, że racja jest po mojej stronie… Bo mój pomysł na życie to wyciągnięta ręka, ale to się nie sprawdza. Ręka boli od wyciągania, palce drętwieją…

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Opatów miejsce magiczne

Marysia Ski na f-b zainspirowala mnie pisaniem o miejscach magicznych. Zaczynam więc nowy wątek mojego bloga i żeby nie było: bedzie romantycznie i autobigraficznie i bardzo ode mnie. Ci ktorzy widzą w moim pisaniu użalanie sie nad sobą, albo wywlekanie wlasnych flaków na publiczny widok – niech zaoszczędzą sobie czasu na czytanie i pisanie komentarzy, jak tez na komentowanie mojego – bloga gadajac głupoty. Ja to ja, ja to moje zycie, moje małpy i mój cyrk. Ja tu fikam koziłki, tresuję lwy. Czasem płaczę, czasem sie smieję. Czasem narzekam, czasem żartuję. Czasem uciekam od rzeczywistości, a czasem  staram się ją po prostu opisać zgodnie i prawdziwie. Jaka by ona nie była.

A więc Opatów. Miejsce bez którego nie istnieje parę długich lat mojego życia. Miejsce, w którym znalazłam sie kiedyś , dawno temu tylko dlatego, że z przedziwnego zbiegu okoliczności  odnalazłam Bratnią Duszę, Kobietę, która została na lata moją Przyjaciółką, Powiernicą, Towarzyszką, Dobrym i Złym Duchem mojego życia. Nie ma Jej już miedzy nami, odeszła w jednej chwili, ulotniła się z tego świata. I z mojego świata.  Jej historia zafascynowała mnie od pierwszej chwili poznania. Jej sposób na życie zadziwiał mnie, przerażał i wkurwiał. Jej pomysły radykalizowały moje pojęcie stabilizacji. Byłam „za i przeciw”, byłam wściekła i zachwycona. Nie dawałam rad, nie sugerowałam zmian, byłam starsza siostrą i dobrym (?) duchem jej poczynań.

Jej Dom w Opatowie , odziedziczony po dziadkach był domem  pełnym niepokoju, stresujacym, ogromnym, zaniedbanym i niewytłumaczalnie pięknym. Sień wielka ze schodami na nie wykończony , drzwiami do kuchni i reszty pokoi z jednej strony i do dziwacznego nie odnowionego nigdy pokoju „gościnnego” po drugiej stronie. Kuchnia – ogromna. Drzwi do salonu, kaflowa kuchnia – potem przerobiona na gazową, półki zastawione flaszkami po wódce „Baczewski’,drewniany stół pod oknem na ogród i podwórze. Wieczorami , w oknach zrujnowanej stajni -widocznej przez okno-  zapalało się migotliwe światełko. Drżący plomień świecy, albo naftowej lampki. Niczym nie uzasadniony chybotliwy poblask ognia. Spoglądaliśmy, siedząc przy stole, w ten płomyczek za oknem . Zaczynały się opowieści o Żydach przechowywanych w stajni w czasie wojny, o duchach błądzących nad rzeką, o robaczkach świętojańskich i nikt nigdy nie wytłumaczył pochodzenia światełka za matowymi szybkami. Stało się nieodłączną częścią wieczornych kuchennych nasiadówek. Topiło sie w kieliszkach z bimbrem pędzonym w łazience z kilogramów wiśni hodowanych przez facetaq mojej Przyjaciólki.

Z kuchni drzwi prowadziły do łazienki i do salonu, Salon  majestatycznie purpurowy, koronkowe serwety na stolach i fotelach.  Pianino, setki książek na półkach. Okna na główną przelotową ulicę, po której co chwila przjeżdżały ogrome ciężarówki do Rzeszowa, Tarnowa, na granicę – budząc kryształowe kieliszki za szybami kredensu i zmuszając je do szklanego śpiewu. Zimą palono w wielkim brązowym , kaflowym piecu. Drzwiczki roizgrzane do czerwoności, zapach rozgrznej dębowej podlogi. W Święta Bozego Narodzenia – ogromne jodły w rogach pokoju ubrane w papierowe łańcuchy i anioły przycupnięte na lśniących zielenią gałęziach. Jodły przywiezione prosto ze świetokrzyskiego lasu.

Łazienka – przejściowa – miedzy kuchnią, a sypialnią Pani Domu. Wanna na lwich łapach. Niebiesko, biało i błękitnie. Greckie obrazki na scianach, zwiewne tiulowe firanki. Latem zapach mięty z ogrodu, zimą szron na szybach.

Sypialnia Pani Domu – bałagan niesamowity, ale drzwi do Gabinetu – ujawniały piekne miejsce i piekny umysł. Kominek, wielkie biurko. zima kolejn choina, latem kwiaty w wazonach.

Ogród. Jabłoń ogroma. Nie szczepiona, ale rodząca cudowne złote jabłka na szarlotki pieczone w prodiżu, musy do nalesników, kompoty w słojach przechowywanych w spiżarni. Krata ciężka od winogron, zagony sałaty, pomidorów, ziół , złotych dyń i monstrualnych kabaczków. Eksperymentalny ogródek czerwonych papryk poprzerastany świcznikami bobu i brukselki. Nad brzegiem rzeki plynacej przez ogród czarne porzeczki i malinowy chrusniak. Nad studnią rozkrzewiona róża zaplatana w siebie i powoje. Wiosną pod oknami wychodzącymi na ulicę szaleństwo tulipanów, o których nikt nic nie wiedział więc poszły na całość kwitnąc w milion kolorów. Trawa po pas , mięta przy studni, szaleństwo roślin. W letnie wieczory grill pod jabłonią. Bęben od starej pralki jako palenisko. Flaszki, leżaki, domowe marynaty i światełka ze stajni… Słowiki wiosną, spadajace jabłka latem, orzechowy zapadch ogrodu jesienią i śniegi po pas w zimowe wieczory. I świece pachnące lawendą i wanilią w zabałaganionej kuchni.

Spacery. W dół albo w górę rzeki. Zależalo od pomysłu. Czasem wiosną do wiśniowego sadu, albo w latem w kartoflano – kapuściane pola w stronę klasztoru. Na rynek po pachnący chleb i maślane bułeczki, na taarg po skrzynki pomidorów na przeciery, sok i ketchup, po papryki i gruszki na marynaty. Do rzeźnika po polędwicę tańszą niż w Warszawie kotlety schabowe.

Towarzysko. Spotkania przy kuchennym stole, spotkania w Sylwestra,spotkania w weekendy i dni po powszednie. Koszmarna balanga noc i dzień, bez ograniczeń i bez zastanowienia. Spacery po rynku , wizyty u znajomuch i przyjaciół Królika. Poranne herbaty i kawy, kanapki z serem, zupy gotowane dla kilkunastu osób na wieczorne spotkania. Wizyty znajomych z koła lowieckiego, przychodzących z pękami dzikich kaczek ustrzelonych na bagnach. Skubanie, patroszenie, pieczenie. Jabłka, majeranek, mięta. Ziemniaki obierane do wielkiego gara. Kolejne szarlotki w prodiżu, kolejne pieczyste w piecu, kolejne litry alkoholu.

Koty. Śpiące na kaflowej kuchni. Jak najbliżej płonacego pod fajerkami ognia. Oczy zmrużone od blasku. Futra ciepłe jak termofrory. Kocie łapy stąpające po rozgrzanej płycie. Kocie mruczenie nad ranem, koci ciężar na wyziębionej puchowej pierzynie.

Wymiksowałam sie  tego, wyautowałam, przestałam tam jeździć, przestałam się zachwycać. Wszystko prowadziło do kompletnej destrukcji, do uzależnienia do popadnięcia w ” Opatowski”syndrom. Jej nie ma. Umarła paląc papierosa i pijąc herbatę. Odeszła , odbiegła, zostawiła za sobą wielką pustkę. Była cudowną wariatką, nie zapokojoną w szukaniu samej siebie i swojego świata. Była moją Przyjaciółką zawsze i wszędzie. Dawałyśmy sobie po razie, kochałyśmy się, trzymałyśmy się za ręce. Brak mi jej bardziej niż potrafię to powiedzieć. Magiczny Opatów to ona i jej świat. Magiczny Opatów to ja i te parę lat z nim związanych.

 

 

 

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Szalony Franz

Pojechałam do Pragi bardzo służbowo i bardzo zestrachana. Bardzo zawieszona pomiędzy wiem, że wiem, a wiem, że nie wiem kompletnie nic. Strach gorszy od zdefiniowanej choroby, od świadomości, że za progiem nicość i zupełny brak kontroli nad rzeczywistością, nad tu i teraz. Adrenalina na poziomie zawałowym, uczucie bezradności. Wszystko niby pod kontrola, ale jednak, gdzieś tam, w tyle glowy,  pytania : czy zrobiłam, czy przewidziałam, czy zaplanowałam…Klient – poważny aż za bardzo, wyzwanie przesadzone oczywiście, bo w zasadzie rutynowe i cały czas wrażenie, że ilość niedopatrzeń skumuluje się do klęski, do poczucia dania ciała. Odreagowywuję z szalonym Franzem w tle. Uszy dopasowały sie do uszu, nos do nosa, wargi do warg. Moje wyobrazenie o pracy zadanej i koniecznej stało się bułką z masłem. Zdobyłam kolejny szczyt. Niewielki – ale jednak

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

domowa psychologia czyli przemyslenia dyletanta

Poznawanie świata, to wykorzystywanie pięciozmysłowych możliwości odkrywania.
Wzrok – widzę, patrzę, postrzegam.
Słuch : słyszę nadsłuchuję odróżniam.
Węch : węszę, identyfikuję, klasyfikuję
Dodyk: czuję, klasyfikuję, oceniam
Smak : oceniam, klasyfikuję,
To JA. Każdy inaczej. Każdy według swojej własnej skali postrzegania . Wartościujemy, klasyfikujemy, oceniamy. Zapisujemy na swoich twardych dyskach pamięci. Wracamy do wspomnień tak jak potrafimy. Jedni fotograficznie, inni zapachowo jeszcze inni w snach.
Smaki, dotyk, zapach kojarzą się się z sytuacjami, z przeżytymi chwilami. Widoki z przeżyciami własnymi i zapmiętanymi z przekazów wizualnych. Kolor czerwony dla mnie jest różem dla innych karminem. Dźwięk rozbitego kryształu – jest tylko tłukacym sie szkłem. Zapach jaśminu – dla mnie czerwcem – dla Ciebie płynem do płukania majtek. Pamięć miękości kociego grzebietu dla mnie jest pamięcią kocich przytulanek, a dla ciebie pamięcią dotyku futrzanego kołnierza babci. Smak truskawek, który dla mnie kojarzy się z talerzem pełnym owoców na kuchennym stole -jest dla ciebie kubeczkiem truskawkowej galaretki w szkolnej stołówce.
Tacy sami i tacy inni. Tacy identyczni , wyposażeni w te same narzędzia postrzegania.A jednak zupełnie różni, indywidualnie odrębni. Tak sie staramy przekonać siebie nawzajem o tym, że ten nasz jest lepszy, barwniejszy i ważniejszy.Tak sie staramy wiedzieć lepiej i więcej o tym co nas otacza. Tak bardzo chcemy przekonać wszystkich do naszego postrzegania. Nasze zielone ma być zielenią ogólnie dostrzeganą, nasze radości mają być radościami wspólnymi, nasze przyjemności wydają sie nam radościami dostępnymi dla ludzkości. A przecież każdy z nas – niby taki sam jak my- widzi, słyszy i czuje inaczej. Nie gorzej, nie lepiej, nie silniej, nie słabiej. Po prostu po swojemu. Ma swój prywatny, mały swiat, gdzie zapachy, widoki, dotyki, smaki, efekty dźwiękowe maja inny wymiar i inne znaczenia.
Światów jest tyle ilu nas człeko i zwierzokształtnych na tej ziemi .Światów jest miliardy, a kazdy z nich piękny, niebezpieczny, ogromny i cudowny. Więc nie dyktujmy, nie pouczajamy, nie oceniajmy co lepsze co gorsze. Nie wyróżniajmy, nie wartościujmy, nie mierzmy własną miarką. Po prostu patrzmy, słuchajmy, zauważajmy i starajmy sie pojąć. Pojąć i zrozumieć. Nawet jeżeli świat dostępny i opisany naszymi zmysłami wydaje się nam lepszy, pełniejszy,bogatszy. Tylko tak w pełni stajemy się częścią ludzkiej wspólnoty.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj